Kac którego nazwałam Zbyszek opuścił mnie nareszcie. Nie, nie jestem samotna. Został mi jeszcze Zbigniew- mój rak.
W ogóle to chciałam się wywnętrzyć, tak pokaźnie i niebanalnie. Bo cały zeszły rok mną targało (z jednej strony na drugą, od ściany do ściany, od burty do burty, z lasu do lasu, poprzez łąki i knieje szedł krokiem jakże pewnym Waldemar Rycerz-Geodeta...zgubiłam wątek.). Targało mną. O właśnie. No i już mną nie powinno targać. Bo rozważałam sobie tak cholernie depresyjnie ogrom własnego cierpienia przez zeszły rok cały. I wyszły mi takie rzeczy:
1) nikt mnie nie rozumie
2) nikt nawet nie chce próbować mnie zrozumieć
3) jeżeli nawet ktoś chce próbować mnie zrozumieć to patrz punkt 1)
4) jeżeli miśki żelki zawierają konserwanty to niechybnie zdechnę jak wpieprzę paczkę, ergo jakaś menda z fabryki mnie nienawidzi.
Smutne. Smutne iście. Ale tak pomyślałam jak już mi się zrobiło dobrze (czyli ostatnio), że gówno prawda. No i życie jest piękne. Punkty 1-3 są naciągane a 4... cóż no nie można mieć wszystkiego. Giń mendo z fabryki- na następne święta wyślę ci zatrutą wypchaną sowę-to cię powali jak nic.
Za ogrom cierpliwości w znoszeniu moich targaniów się dziękuję wszystkim pluszaczkom i wyjątkowej czeresience. Weźcie pod rozwagę to co teraz zaimplikuję. Bez całej reszty nie ma jednostki.
A w kwestii architektury krajobrazu górskiego to chciałam powiedzieć, że nie rozumiem tego falochronu. Ale i tak jestem s z c z ę ś l i w a.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

dobrze, jak jest.. dobrze. a chyba jest dobrze?
OdpowiedzUsuńJest dobrzej niż kiedykolwiek było... tak myślę.
OdpowiedzUsuńale wciąż to samo gówno żremy, to samo, tylko dobrze jak ma lukier i na czubeczku wiśenkę. Lepiej smakuje. Moelle.
OdpowiedzUsuń